Od czego by tu zacząć...
Od ostatniego posta ćwiczyłam 5 razy. W środę Killera Chodakowskiej, który przypłaciłam delikatnym bólem nadgarstka, ale za to jaka satysfakcja! Wytrzymałam całego! Aż na koniec nie wierzyłam, że to już i nie przerwałam w połowie! Taka dumna z siebie byłam! W czwartek spacerowałam 50 minut, w piątek Skalpel i sobota... Bieganie :) Przeszłam do 1 min. marszu : 2 min. biegu no i... myślałam, że wyzionę płuca... Takie bieganie po bawarskich pagórkach i górach! Ale dumna z siebie jak zawsze. Pogoda teraz taka piękna, że aż w domu nie chce się siedzieć!
To moje tempo to takie na razie chodzone, ale będzie coraz lepiej!
W sobotę wieczorem dowiedziałam się czegoś strasznego, co zachwiało mnie trochę psychicznie, a więc niedziela i poniedziałek bez ćwiczeń... Nasza rodzina się rozpada... J. chce zostawić A., mojego "teścia". Na chwilę obecną tylko ja wiem i nie mogę nikomu powiedzieć i tak ciężko to trzymać w sobie... Boli, bardzo boli, ale każdy ma prawo do szczęścia. A poza tym J. postawiła mnie przed podjętą decyzją, więc nie mogłam już na nią wpłynąć. Teraz tylko oczekiwanie na to, kiedy powie A. To będzie wojna.
Dietę udaje mi się jakoś trzymać, raz lepiej, raz gorzej, ale nie rzucam się wygłodniała na jedzenie. W założeniu staram się jeść ok 1600 kcal, nie przekraczając przy tym 200g węglowodanów na dzień. No i tak jak mówię, raz lepiej, raz gorzej. Ostatnio się fotografowałam, po dwóch tygodniach diety i ćwiczeń i widać subtelne różnice na brzuchu, plecach i nogach :) Jestem z siebie taka dumna :) No i cellulitis trochę jakby mniej wyraźny się stał :)
Pofarbowałam dziś włosy na średni blond. Ciemne się wydają, no ale chciałam zbliżony do naturalnego, żeby dać im odpocząć :) M. będzie miał niespodziankę jak wróci w sobotę ze szkolenia. I zamówiłam regał na buty, bo dziś w nocy zabiłam się o dwie różne pary jak szłam do łazienki, ponieważ buty u nas nie mają swojego miejsca, mamy ich za dużo.. DPD pokazuje, że przyjdzie jutro lub pojutrze. Byleby do soboty, żebym mogła go złożyć i zrobić porządek. W sumie zaczynam już dziś, mogę w końcu spokojnie posprzątać :) A wieczorem trening, na jutro planuję rower jak tylko pogoda się utrzyma :)
I CAN DO THIS!!!
środa, 11 marca 2015
wtorek, 3 marca 2015
Małe biegowe zwycięstwo :)
Bieganie odkryłam stosunkowo nie dawno. Wszędzie widziałam biegających ludzi, ale nigdy nie pomyślałabym, że to coś dla mnie. No i bałam się o kolana. Bolą czasami od zwykłego chodzenia, no ale przecież sport to zdrowie, tak więc postanowiłam spróbować. W trosce o stawy zaczęłam od kupna butów do biegania. Jeeeej... Najwygodniejsze buty świata! Zanim pierwszy raz wyruszyłam w teren przeczytałam kilka artykułów w internecie, oceniłam się na początkującą i postanowiłam zacząć od marszobiegów.
Pogoda dopisała i w pięknym słońcu 'przemarszobiegowałam' 30 minut w stosunku 2 min marszu do 1 minuty biegu (truchtu). Słuchawki w uszach, piękna pogoda i pilnowanie czasu sprawiło, że nawet nie wiem kiedy te 30 minut minęło. Satysfakcja ogromna! No i zakochałam się w bieganiu od pierwszego wejrzenia :)
A moje małe zwycięstwo na dziś to przebiegnięcie 3 minut bez przerwy! Możecie się śmiać, ale przy pierwszym podejściu po 30 sekundach myślałam, że wypluję płuca.
Pierwszy biegowy cel do osiągnięcia: 5 min biegu bez przerwy
Ogólny cel: 60 minut biegu bez przerwy :)
Kiedyś dotrę do tego momentu :) Prędzej czy później!
M. ostatnio stwierdził, że odkąd zaczęłam biegać to jakaś taka szczęśliwsza i weselsza jestem. No i czuję się lepiej!
Jutro do pracy, ale na pewno wysupłam pół godzinki na bieganie. Mam tylko nadzieję, że nie będzie tak wiało jak dziś :)
Pogoda dopisała i w pięknym słońcu 'przemarszobiegowałam' 30 minut w stosunku 2 min marszu do 1 minuty biegu (truchtu). Słuchawki w uszach, piękna pogoda i pilnowanie czasu sprawiło, że nawet nie wiem kiedy te 30 minut minęło. Satysfakcja ogromna! No i zakochałam się w bieganiu od pierwszego wejrzenia :)
A moje małe zwycięstwo na dziś to przebiegnięcie 3 minut bez przerwy! Możecie się śmiać, ale przy pierwszym podejściu po 30 sekundach myślałam, że wypluję płuca.
Pierwszy biegowy cel do osiągnięcia: 5 min biegu bez przerwy
Ogólny cel: 60 minut biegu bez przerwy :)
Kiedyś dotrę do tego momentu :) Prędzej czy później!
M. ostatnio stwierdził, że odkąd zaczęłam biegać to jakaś taka szczęśliwsza i weselsza jestem. No i czuję się lepiej!
Jutro do pracy, ale na pewno wysupłam pół godzinki na bieganie. Mam tylko nadzieję, że nie będzie tak wiało jak dziś :)
niedziela, 1 marca 2015
Trochę o mnie i jak stałam się gruba
Życie prowadzi nas krętymi ścieżkami.
Urodziłam się na Mazurach i tam spędziłam większość mojego życia w małym mieście. Moja mama prawie zawsze była w domu i dbała o moje odżywianie, zupy, obiady, wszystko zawsze pięknie podane. Potem zaczęły się studia, wyjechałam do Olsztyna, by studiować Germanistykę. Zamieszkałam w akademiku z pełnym stypendium socjalnym. Nie było ono przesadnie duże jak dla kogoś, kto nie otrzymywał żadnego konkretnego wsparcia finansowego od rodziny. Tam zaczęły się imprezy, śmieciowe jedzenie i mimo wyprowadzki na stancję pod koniec pierwszego roku mój tryb życia się nie zmienił, a waga rosła.
Po drugim roku studiów dzięki przyjaciółce naszej rodziny, J. nazwijmy ją, wyjechałam do Niemiec, by w wakacje dorobić w restauracji. Ze względu na znajomość języka i tego, że zawsze chciałam pojechać do Niemiec była to dla mnie nie lada przygoda. Dwa dni przed wyjazdem zakończył się mój trzyletni toksyczny związek, pojechałam więc z czystą kartą, nawet już za nim nie płakałam (to było nasze 5 rozstanie, tylko tym razem już ostatnie).
Tam poznałam M. W moim wieku, bardziej ogarnięty życiowo niż był starszy o 6 lat Ex. Jako że mieszkaliśmy w jednym domu to jakoś poszło i coś się między nami zaczęło dziać. Potem nadszedł koniec wakacji i my pełni planów mieliśmy spotkać się na Boże Narodzenie (miałam przyjechać do pracy). Trzeci rok, pisanie pracy licencjackiej. Różnie między nami bywało, ale na Święta i tak do niego pojechałam. Nasze następne spotkanie w marcu, on przyjechał do mnie. Wtedy już było postanowione, że po licencjacie wyjeżdżam do niego, ponieważ nie miałam ochoty na dalsze studiowanie tego mało przyszłościowego kierunku.
No i tak znalazłam się tu gdzie jestem z wagą 71 kg. W lato jak to w lato, dużo pracy, rowery, basen na powietrzu i trochę zeszło ze mnie, potem przyszła jesień, lenistwo, pracy mniej, dobiłam do 74, aż M. delikatnie zwrócił mi uwagę, za co jestem mu wdzięczna. I tak po woli zaczęłam, listopad, grudzień, styczeń. Nie było to jednak regularne, jeden tydzień ćwiczenia, dieta, drugiego lenistwo, pizza, kebaby (moja największa słabość). W końcu doszłam do wniosku, że tak być nie może, kupiłam buty do biegania i przez 2 tygodnie marszobiegi ze względu na zerową kondycję w zasadzie. Zaczynałam widzieć efekty w postaci jędrniejszej skóry i jakoś tak mimo ćwiczeń zaczęłam mieć więcej energii. I tak pojawiłam się tu.
Ten blog ma być dla mnie motywacją, pomocą w zorganizowaniu i nie poddawaniu się kiedy tylko przejdę koło jakiegoś kebaba (a w Niemczech ich miliony na każdym kroku). Tyle o mnie.
A teraz marzec. Szukałam jakiegoś wyzwania na marzec, by móc je realizować obok biegania i ćwiczeń w domu i tak oto...
Dziś z biegania nici. Po pięknych, ciepłych i słonecznych dniach dziś oto spadł śnieg w pierwszym dniu kojarzącego się z wiosną miesiąca. Dziś na tapetę idzie Skalpel Ewy Chodakowskiej, bo czasu mało, trzeba samochód zawieźć do lakierowania i zebrać się do pracy.
A jak tam wasze wyzwania? Jakie plany na marzec?
Urodziłam się na Mazurach i tam spędziłam większość mojego życia w małym mieście. Moja mama prawie zawsze była w domu i dbała o moje odżywianie, zupy, obiady, wszystko zawsze pięknie podane. Potem zaczęły się studia, wyjechałam do Olsztyna, by studiować Germanistykę. Zamieszkałam w akademiku z pełnym stypendium socjalnym. Nie było ono przesadnie duże jak dla kogoś, kto nie otrzymywał żadnego konkretnego wsparcia finansowego od rodziny. Tam zaczęły się imprezy, śmieciowe jedzenie i mimo wyprowadzki na stancję pod koniec pierwszego roku mój tryb życia się nie zmienił, a waga rosła.
Po drugim roku studiów dzięki przyjaciółce naszej rodziny, J. nazwijmy ją, wyjechałam do Niemiec, by w wakacje dorobić w restauracji. Ze względu na znajomość języka i tego, że zawsze chciałam pojechać do Niemiec była to dla mnie nie lada przygoda. Dwa dni przed wyjazdem zakończył się mój trzyletni toksyczny związek, pojechałam więc z czystą kartą, nawet już za nim nie płakałam (to było nasze 5 rozstanie, tylko tym razem już ostatnie).
Tam poznałam M. W moim wieku, bardziej ogarnięty życiowo niż był starszy o 6 lat Ex. Jako że mieszkaliśmy w jednym domu to jakoś poszło i coś się między nami zaczęło dziać. Potem nadszedł koniec wakacji i my pełni planów mieliśmy spotkać się na Boże Narodzenie (miałam przyjechać do pracy). Trzeci rok, pisanie pracy licencjackiej. Różnie między nami bywało, ale na Święta i tak do niego pojechałam. Nasze następne spotkanie w marcu, on przyjechał do mnie. Wtedy już było postanowione, że po licencjacie wyjeżdżam do niego, ponieważ nie miałam ochoty na dalsze studiowanie tego mało przyszłościowego kierunku.
No i tak znalazłam się tu gdzie jestem z wagą 71 kg. W lato jak to w lato, dużo pracy, rowery, basen na powietrzu i trochę zeszło ze mnie, potem przyszła jesień, lenistwo, pracy mniej, dobiłam do 74, aż M. delikatnie zwrócił mi uwagę, za co jestem mu wdzięczna. I tak po woli zaczęłam, listopad, grudzień, styczeń. Nie było to jednak regularne, jeden tydzień ćwiczenia, dieta, drugiego lenistwo, pizza, kebaby (moja największa słabość). W końcu doszłam do wniosku, że tak być nie może, kupiłam buty do biegania i przez 2 tygodnie marszobiegi ze względu na zerową kondycję w zasadzie. Zaczynałam widzieć efekty w postaci jędrniejszej skóry i jakoś tak mimo ćwiczeń zaczęłam mieć więcej energii. I tak pojawiłam się tu.
Ten blog ma być dla mnie motywacją, pomocą w zorganizowaniu i nie poddawaniu się kiedy tylko przejdę koło jakiegoś kebaba (a w Niemczech ich miliony na każdym kroku). Tyle o mnie.
A teraz marzec. Szukałam jakiegoś wyzwania na marzec, by móc je realizować obok biegania i ćwiczeń w domu i tak oto...
Dziś z biegania nici. Po pięknych, ciepłych i słonecznych dniach dziś oto spadł śnieg w pierwszym dniu kojarzącego się z wiosną miesiąca. Dziś na tapetę idzie Skalpel Ewy Chodakowskiej, bo czasu mało, trzeba samochód zawieźć do lakierowania i zebrać się do pracy.
Ach, zapomniałabym! Oprócz fit-wyzwania podejmuję roczne wyzwanie oszczędzania! Pracuję w restauracji, więc mogę odkładać z napiwków :) Niestety nie mogę robić tego po kolei tydzień po tygodniu, gdyż wiem z doświadczenia, że te większe sumy uda mi się odłożyć jedynie w sezonie. Te najmniejsze zostawiam na tygodnie przed wypłatą, kiedy każde € napiwku jest na wagę złota :) A za rok... Wycieczka? :)
A jak tam wasze wyzwania? Jakie plany na marzec?
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)




