Urodziłam się na Mazurach i tam spędziłam większość mojego życia w małym mieście. Moja mama prawie zawsze była w domu i dbała o moje odżywianie, zupy, obiady, wszystko zawsze pięknie podane. Potem zaczęły się studia, wyjechałam do Olsztyna, by studiować Germanistykę. Zamieszkałam w akademiku z pełnym stypendium socjalnym. Nie było ono przesadnie duże jak dla kogoś, kto nie otrzymywał żadnego konkretnego wsparcia finansowego od rodziny. Tam zaczęły się imprezy, śmieciowe jedzenie i mimo wyprowadzki na stancję pod koniec pierwszego roku mój tryb życia się nie zmienił, a waga rosła.
Po drugim roku studiów dzięki przyjaciółce naszej rodziny, J. nazwijmy ją, wyjechałam do Niemiec, by w wakacje dorobić w restauracji. Ze względu na znajomość języka i tego, że zawsze chciałam pojechać do Niemiec była to dla mnie nie lada przygoda. Dwa dni przed wyjazdem zakończył się mój trzyletni toksyczny związek, pojechałam więc z czystą kartą, nawet już za nim nie płakałam (to było nasze 5 rozstanie, tylko tym razem już ostatnie).
Tam poznałam M. W moim wieku, bardziej ogarnięty życiowo niż był starszy o 6 lat Ex. Jako że mieszkaliśmy w jednym domu to jakoś poszło i coś się między nami zaczęło dziać. Potem nadszedł koniec wakacji i my pełni planów mieliśmy spotkać się na Boże Narodzenie (miałam przyjechać do pracy). Trzeci rok, pisanie pracy licencjackiej. Różnie między nami bywało, ale na Święta i tak do niego pojechałam. Nasze następne spotkanie w marcu, on przyjechał do mnie. Wtedy już było postanowione, że po licencjacie wyjeżdżam do niego, ponieważ nie miałam ochoty na dalsze studiowanie tego mało przyszłościowego kierunku.
No i tak znalazłam się tu gdzie jestem z wagą 71 kg. W lato jak to w lato, dużo pracy, rowery, basen na powietrzu i trochę zeszło ze mnie, potem przyszła jesień, lenistwo, pracy mniej, dobiłam do 74, aż M. delikatnie zwrócił mi uwagę, za co jestem mu wdzięczna. I tak po woli zaczęłam, listopad, grudzień, styczeń. Nie było to jednak regularne, jeden tydzień ćwiczenia, dieta, drugiego lenistwo, pizza, kebaby (moja największa słabość). W końcu doszłam do wniosku, że tak być nie może, kupiłam buty do biegania i przez 2 tygodnie marszobiegi ze względu na zerową kondycję w zasadzie. Zaczynałam widzieć efekty w postaci jędrniejszej skóry i jakoś tak mimo ćwiczeń zaczęłam mieć więcej energii. I tak pojawiłam się tu.
Ten blog ma być dla mnie motywacją, pomocą w zorganizowaniu i nie poddawaniu się kiedy tylko przejdę koło jakiegoś kebaba (a w Niemczech ich miliony na każdym kroku). Tyle o mnie.
A teraz marzec. Szukałam jakiegoś wyzwania na marzec, by móc je realizować obok biegania i ćwiczeń w domu i tak oto...
Dziś z biegania nici. Po pięknych, ciepłych i słonecznych dniach dziś oto spadł śnieg w pierwszym dniu kojarzącego się z wiosną miesiąca. Dziś na tapetę idzie Skalpel Ewy Chodakowskiej, bo czasu mało, trzeba samochód zawieźć do lakierowania i zebrać się do pracy.
Ach, zapomniałabym! Oprócz fit-wyzwania podejmuję roczne wyzwanie oszczędzania! Pracuję w restauracji, więc mogę odkładać z napiwków :) Niestety nie mogę robić tego po kolei tydzień po tygodniu, gdyż wiem z doświadczenia, że te większe sumy uda mi się odłożyć jedynie w sezonie. Te najmniejsze zostawiam na tygodnie przed wypłatą, kiedy każde € napiwku jest na wagę złota :) A za rok... Wycieczka? :)
A jak tam wasze wyzwania? Jakie plany na marzec?


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz